Moja mama przebywała w ośrodku Lux Med-u w Konstancinie przez 3 miesiące. Z uwagi na swoją chorobę mogłam tam przyjeżdzać tylko przez pierwszy miesiąc. Przez ten miesiąc poczyniłam następujące obserwacje:
1) nie mają własnej kuchni. Jedzenie jest dowożone, co powoduje, że jest zimne (zwłaszcza dla pacjentów z górnych pięter). Rozwożenie jedzenia trwa godzine, co musi skutkować, że ostatni dostaną jedzenie zimne,
2) ogólnie kuchnia jest niesmaczna i nie przystosowana dla ludzi starszych, którzy mają delikatny system trawienny. Zupy pieprzne i często zawierały zmieloną wędlinę (chyba została z kolacji), ziemniaki zdębiałe, niejadalne, mało mięs mielonych, klopsów, ryb, kasz. Mało gotowanych jarzyn, surówek, często podawano sałatki octowe "ze słoika". Porcje małe. Śniadania i kolacje nieurozmaicone (dwa plasterki wędliny na głowę !). Widziałam, że na pacjenta przeznaczono ćwiartkę pomidora "ze skórką" i kilka plasterków ogórka, również ze skórką (dla starszych ludzi !!!). Zdarzyło się, że zabrakło masła dla wszystkich pacjentów (szef kuchni zapomniał), raz, mama na kolację dostała tylko dwa placuszki i po prostu była głodna,
3) mama miała problemy trawienne i musiała być na kleikach. Otrzymywane przez nią klieiki to była woda z nierozgotowanym grysikiem. W celu zapewnienia mamie jedzenia dowiozłam paczki kleiku ryżowego błyskawicznego dla dzieci, a i to było źle przygotowywane,
4) dietetyka wyraźnie zaleca aby posiłki były podawane 5 razy dziennie - tu nic z tych rzeczy. Mamie, mimo że była po szpitalu wychudzona i odbiałczona posiłki podawano 3 razy dziennie, mimo, że prosiłam o podawanie pomiędzy posiłkami kanapki, bułeczki, jogurtu itp (chciałam nawet za to dodatkowo płacić). Nawet jak zmuszona była jeść kleiki, to też je podawano 3 trzy razy dziennie. W rezultacie przez okres pobytu mama nic nie przytyła ani nie nabrała sił,
5) na I piętrze, w tym samym pomieszczeniu, w którym znajduje się winda "jedzeniowa" jednocześnie zmywano brudne naczynia (brak zmywarki lub wyparzarki ! - a tu mieszkają ludzie chorzy) i umieszczono lodówkę, w której pacjenci mogli sobie przychowywać własne jedzenie. W ośrodku nie ma mikrofalówki, w której można by było odgrzać jedzenie, które rodziny przywożą pacjentom. Z uwagi, że mama otrzymywała niejadalne kleiki, dowoziłam własny kleik ryżowo-marchwiowy; niestety nie było można go odgrzać. Sam personel nie widział możliwości rozwiązania tego problemu,
6) pomieszczenie tzw. brudownik, w którym odkładane są do worków zużyte pampersy nie ma wentylacji. Następnie, worki te są wywożone (bez wkładania do zamykanych kubłów), w związku z czym, po takiej akcji fetor wydalin unosi się i w korytarzach i w windzie,
7) zdarzyło się, jak byłam w niedzielę, że od godz 9.30 do 15.00 nikt z sanitariuszy nie przyszedł - sama zmieniałam z 4 razy pampersy,
8) zdarzyło się także, że do pokoju, do mojej mamy chciano wprowadzić osobę chorą psychicznie (lub upośledzoną umysłowo), której zachowania mama się po prostu bała. Całe szczęście, że w tym czasie był brat i jego interwencja zapobiegła temu.
Są oczywiście pozytywy: czysto, znakomite łóżka, regularnie zmieniana pościel, ręczniki. Rehalilitacja przebiegła prawidłowo, mama została spionizowana i zaczęła samodzielnie, z pomoca balkonika chodzić. Rehabilitanci pracowali z oddaniem. Pani psycholog była dla mamy ogromną pomocą. Nigdy mama ani ja nie spotkałam się z opryskliwością czy niegrzecznym odezwaniem się do pacjenta przez personel.
Reasumując:
niedopuszczalna jest jakość posiłków za tę cenę. Zgłaszane przeze mnie uwagi dyrekcji ośrodka zostały zlekceważone, gdyż po dwóch miesiącach sytuacja jest taka sama. Za tę cenę powinna również być większa indywidualizacja opieki nad pacjentem (posiłki 5 razy dziennie). |